Pracując nad obrazem, ikoną czy fotografią, zawsze zaczynam od światła. To ono wyznacza kierunek dalszej pracy i decyduje o tym, jakie barwy mogą się pojawić. Kolor rodzi się stopniowo, warstwa po warstwie, w dialogu z cieniem i strukturą. Nigdy nie jest jedną, zamkniętą plamą - raczej procesem, który dojrzewa wraz z całą kompozycją.
Dobieram barwy intuicyjnie, ale ta intuicja wynika z doświadczenia, obserwacji i wielokrotnego mieszania pigmentów. Lubię, gdy kolor jest „nieoczywisty” - złożony, lekko przygaszony, żywy dzięki temu, co spod niego prześwituje. W ikonach kolor podporządkowany jest światłu - ma prowadzić spojrzenie ku temu, co istotne, a nie dominować formę. W fotografii natomiast barwa bywa zapisem nastroju: ciszy, wilgoci powietrza, zmierzchu lub poranka.
Kolor nie jest u mnie przypadkowy również dlatego, że nigdy nie występuje sam. Zawsze pozostaje w relacji - z inną barwą, z cieniem, z fakturą, z przestrzenią. Czasem wystarczy niewielkie przesunięcie tonu, by zmienić wydźwięk całej pracy. To właśnie w tych subtelnych różnicach kryje się emocja.
Nie zależy mi na dosłowności. Wolę, gdy kolor pozostawia odbiorcy przestrzeń do własnej interpretacji. Gdy nie narzuca znaczeń, lecz zaprasza do spokojnego, uważnego patrzenia. Wtedy obraz przestaje być tylko przedmiotem - staje się obecnością, która zmienia się wraz ze światłem dnia i nastrojem osoby, która na niego patrzy.